Autostop. Drugie tysiąc kilometrów. Gardłowy koncert w barze i gaszenie papierosów na języku.
January 23, 2013
KOłYMSKI TRAKT

Trakt Kołymski Jakucja  Biegun Zimna autostop Rosja

Pod względem ilości zatrzymanych aut ta część drogi była inna niż, ta którą dojechałem do Jakucka, 500 km ze stolicy Jakucji do Chandygi (miasteczka gdzie miałem nocować) pokonałem w ponad 10 – ciu samochodach. Najczęściej były to osobówki, które podrzucały mnie do najbliższych wiosek lub dróg wiodących do nich. Zazwyczaj przejeżdżałem po 20-30 km, czasem mniej, a czasem więcej. Tego dnia było ocieplenie, i niespotykany jak na ten rejon brak 20 stopni mrozu. Było ok. -15 °C  zamiast standardowych dla stycznia -35, -40 °C. W związku z tym, idąc piechotą po drodze i zatrzymując auta, w ogóle nie marzłem i co ciekawsze, niektórzy podwożący mnie, mówili, że jeśli było by np. -50 °C, to oni by się nie zatrzymali. Gdzieś w połowie dnia wsiadam do Kamaza. Kierowca Jakut. Wiezie wielkie bale siana. Jedzie do najbliższej wsi. Zadaje pytania skąd jestem, dokąd jadę itp. Po jakimś czasie wyciąga papierosa i pyta się czy dym nie będzie mi przeszkadzać. Jedziemy powoli, rozmawiamy. On kończy palić, opuszcza szybę i… zamiast wyrzucić resztkę papierosa przez okno wystawia język i gasi na nim peta (kontrolnie raz i potem jeszcze raz upewniając się, że papieros już się nie tli) i dopiero po tym wyrzuca go przez uchyloną szybę.

Po jakichś 250 km ciągłych przesiadek, podwożenia i marszu, łapię starą Toyotę. Samochód zatrzymuje się, drzwi otwiera jakiś starszy Jakut. Zaczynam standardowym pytaniem: “žNie podrzuci mnie pan do…?” a on, nie dając mi dopowiedzieć, zaczyna “žcharkać” i pluć pod moje nogi. Jak się potem okazało był to początek jego “žgardłowego koncertu”. Oczywiście zgodził się i pojechałem z nim dalej. Po godzinie zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze. Sanepid by tam zawału dostał, ale nie o to tu chodzi. Wspomniany “ždziadek” szybko zjadł i podszedł do zlewu, który stał w części jadalnej zaraz obok wejścia. Oprócz nas w środku było jeszcze parę osób, które siedziały i jadły obiad. Jakut, nie zawracając na to uwagi, zaczął “žoczyszczać” swoje gardło na cały bar. Rozejrzałem się po bokach i chyba oprócz mnie nikt za bardzo tego nie zauważył. Wszyscy siedzieli i dalej jedli pod “žmuzykę”, którą tworzył starszy pan. “žDziadek” w ogóle był specyficzny; po półtora godzinnej jeździe i po moich opowiadaniach zapytał się: “žTo co, wychodzi na to, że z Tyndy jedziesz za darmo? “žNo tak, taka jest idea autostopu” – odpowiadam. “žA dziadkowi za drogę byś coś nie rzucił?” – kontynuuje on. Nic się nie odezwałem i z jego strony nie było więcej pytań. Jechałem z nim jakieś 150 km jeśli nie więcej, ale pod wieczór gdy zaczęło się ściemniać on skręcał do swojej wsi i musiał mnie wysadzić w lesie. Zrobił to na wesoło, bo z uśmiechem na twarzy, zatrzymując samochód i zjeżdżając w bok, powiedział: “žRzucam cię na pastwę losu”. Wysiedliśmy, pożegnaliśmy się, ścisnęliśmy sobie dłonie i każdy “žposzedł” w swoją stronę. Do Chandygi zostawało jakieś 60 km. Zaczęło się ściemniać i na drodze nie było już żadnych aut. Szedłem tak z pół godziny. Pode mną biała droga, dookoła las, drzewa i absolutna cisza. W pewnym momencie obracam się i z daleka widzę dwa żółte światełka. Gdy się zbliżają wyciągam rękę. Okazuje się, że jest to ciężarówka, ale przejeżdża nie zwalniając i gdy już w myślach widzę moment odprowadzania wzrokiem samochodu, który się nie zatrzymał on zaczyna hamować. Podbiegam i z kabiny wyskakuję mężczyzna ze słowami: “žJa pierdzielę… już chyba czwarty raz cie dzisiaj mijam. Nie brałem cię, bo mam całą kabinę nabitą kartonami”. Okazało się, że była to ciężarówka, z którą “žścigaliśmy się” cały dzień. Raz ja go wyprzedzałem w jakieś osobówce, raz on mnie, gdy z tej osobówki musiałem wysiadać i iść na piechotę. Pierwszy raz gdy go zatrzymywałem on, jadąc dalej, pokazywał mi ręką na prawo. Myślałem, że będzie skręcać gdzieś niedaleko i dlatego się nie zatrzymuje. Po jakimś czasie znowu jechał i znowu się nie zatrzymał. Potem, jak już przejeżdżał, to nawet nie wystawiałem dłoni, tylko szedłem dalej a teraz wieczorem nie widziałem, że to jest właśnie on. Prawą ręką sugerował mi nie zjazd do pobliskiej wsi (jak myślałem) a kabinę obładowaną kartonami i brak miejsca. Stojąc tak z nim na drodze, obok jego Kamaza, on z nieukrytym poirytowaniem mówi: “žNo gdzie cię teraz w nocy tutaj zostawię, siadaj!” W tej ciężarówce, z takim luzem w kierownicy, że wykonując nią po pół obrotu w prawo i lewo samochód cały czas jechał prosto, siedząc ze złączonymi kolanami, wpasowany między kartony i drążek zmiany biegów, dostałem się do Chandygi, gdzie czekał na mnie już człowiek z couchsurfing”™u. Do Ojmiakonu zostało 500 km.

3 Responses to Autostop. Drugie tysiąc kilometrów. Gardłowy koncert w barze i gaszenie papierosów na języku.

  1. dawaj drug jeszcze :)
    przyjemnie się czyta.
    więcej opisów przyrody, myśli jakie kręciły się po głowie, odczuć , epitetów i porównań :)

  2. Darek says:

    Pisz kolego jak najwięcej , tematyka super , państwo złe ale ludzie dobrzy.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>